15.08.2006 - VIII Rajd rowerowy Browersów nad Zalew w Zemborzycach

mapka galeria

Niemal do ostatniej minuty przed startem pogoda trzymała nas w niepewności. Będzie padać czy nie będzie. Jednak przechodząca w nocy burza oczyściła atmosferę i rankiem mogliśmy cieszyć się pięknym słonkiem. Na stacji PKP zjawiło się 14 osób. Zakup przez nas biletów był dla pani w okienku nie lada wyzwaniem. Zainstalowany w kasie komputer tylko wydłużał cały proces, a pani i tak musiała podliczać sumę kalkulatorem. Dzięki pani kasjerce i sprawności jej komputera nasze oczekiwanie na pociąg skróciło się do minimum. Szybciutko zapakowaliśmy rowery, a sami rozlokowaliśmy się w pociągu pustym jak sklepy mięsne w 80 latach. Godzinna podróż minęła nie wiadomo kiedy i już jesteśmy Lublinie. Z dworca PKP ulicą Krochmalną dotarliśmy do pięknej ścieżki rowerowej wiodącej wzdłuż Bystrzycy nad sam Zalew Zemborzycki. Czapki z głów przed jej wykonawcami. Budowniczy naszej ścieżki biegnącej wzdłuż Wisły powinni chyba u nich nauki pobierać. Nad zalewem pogoda wymarzona dla żeglarzy, pięknie wiało, ale niestety najbardziej wiało nudą. I w tak pięknych okolicznościach przyrody i tego, niepowtarzalnych nie sposób nie przytoczyć słów inż. Mamonia: "popatrzy w lewo, popatrzy w prawo, zapali papierosa i co? Nuda panie. Nic się nie dzieje." Z trudem znaleźliśmy jednym otwarty przybytek, gdzie wypiliśmy tradycyjną Coca-Colę i z żalem pożegnaliśmy się z zalewem i oraz myślami o kąpieli, nie wspominając o żeglarce. Jedna, jedyna dostępna łajba z żaglem była w stanie nie nadającym się do użycia. I w ten oto sposób cały misterny plan poszedł nie powiem gdzie. Mimo wszystko z dobrymi humorami ruszyliśmy w dalszą trasę. Trochę kluczyliśmy wąskimi uliczkami Zemborzyc, gdzie nowobogaccy wystawili swoje wille, ale przecież nie ma takiej siły co by b'Rowersa w pole wywiodła. Dokładna mapa Prezesa zawsze wskazywała właściwy kierunek jazdy. Nieznanymi nam dotąd drogami dojechaliśmy do Wojciechowa pod słynną kuźnię, co oczywiście uwieńczyliśmy na fotkach. Stąd już tylko rzut beretem i jesteśmy w SPA Nałęczów. Ludzi jak w mrowisku, ale znaleźliśmy wolne miejsca przy grillu, gdzie zjedliśmy wyśmienity obiadek. Po tym obowiązkowy deser, czyli najsłynniejsze lody nałęczowskie. Nie każdy jednak mógł skorzystać z tej rozkoszy, tradycyjnie już Młody Łotrzyk musiał zmieniać pękniętą gumę. Czyżby na naszych oczach kreował się nowy zawód: gumolep? Z Nałęczowa przez Drzewce, omijając pulpę w Łopatkach pojechaliśmy do Klementowic nowiutką drogą, biegnącą wśród pól owocowych. Na niej jadąc bez pedałowania biliśmy rekordy prędkości. Z Klementowic już standardową trasą przez Pożóg, Końskowolę do Kabanosa. Podsumowanie rajdu w bazie udało się znakomicie. Wielkie słowa uznanie należą się najmłodszej uczestniczce rajdu Asi, która prawie bez marudzenia przemierzyła całą trasę. Po skończonym rajdzie liczniki pokazały 80 kbm.

[lolek]