Browersi na Mazurach - dwubój rowerowo-żeglarski - 03-12 czerwca 2005

mapa galeria

Dzień pierwszy
Piątek 03 czerwca

Umówiliśmy się, że startujemy z Puław ok. 15 i udało się. Zbieraliśmy się od 14, ale wystartowaliśmy od Myśka dokładnie o 15:05 Trasa jak zawsze: na Warszawę przez Kołbiel, Mińsk Mazowiecki, Ostrów Mazowiecką i Łomżę do Pisza. Jakoś nam się zeszło więc w Piszu byliśmy po 19 i nie było co szukać noclegu na rowerkach wiec podjechaliśmy autem nad j. Jegocin w kierunku na Wierzbę. Przy pięknym ognisku i smacznej kolacji spędziliśmy wieczór. Już tego wieczoru komary dały nam pierwszy sygnał ze ta ziemia należy do nich. Mimo to mój cioteczny brat, a nasz kierowca Sławek zauroczony okolicą postanowił zanocować z nami.
Trasa: Puławy-Pisz- j. Jegocin

Dzień drugi
Sobota 04 czerwca

Pobudka o 8:00 co jak się potem okaże będzie normą. Podobnie jak start na trasę około 9:00. Szybkie śniadanko i w drogę. Sławek chciał zobaczyć Mikołajki wiec skierowaliśmy się na Wierzbie przez przeprawę promem. On autem a my na rumakach przez rezerwat dzikich koników w Popielnie (nie widzieliśmy niestety koników ale za to piękny las) dotarliśmy do Ośrodka Polskiej Akademii Nauk ale musieliśmy czekać na pierwszy kurs promu do 11:00. Trudno. Warto było bo mogliśmy spokojnie popatrzeć jak przy ok. 4B pomykały żagielki po Bełdanach. Pan oznajmił ze kasuje po 3, mimo że oficjalnie bilet kosztuje 4zł. Więcej nic nie powiem bo nie chce się przyczynić do utraty przez niego pracy. Za promem spotkaliśmy pierwszych rowerzystów oczywiście Niemców. Przez piachy (bardzo mało jest takich dróg na Mazurach), aż do drogi na Mikołajki a dalej przez most dotarliśmy do rynku gdzie już czekał Sławek.W wiosce żeglarskiej zasiedliśmy przy Tyskim obserwując regaty klasy Omega, a właściwie to plastikowej odmiany klasa chyba Ostróda czy jakoś tak. Wytyczyliśmy plan na pierwszy etap. Pożegnaliśmy się ze Sławkiem do czwartku i ruszyliśmy na Ryn. Po drodze w bazie ZA „Puławy” S.A. obecnie pod władaniem Jacht Klubu „Azoty” i Koła Wędkarskiego spotkaliśmy po drodze Zbyszka Gawryjołka, który później też został b’rowersem. w Skorupkach za szlakiem WJM nad j. Tałtowisko przygotowaliśmy pierwsze spaghetti. To ciekawe doświadczenie będzie procentować w przyszłości. Na opakowaniu producent napisał, że powinno się gotować w 6 litrach wody, a nasz garnuszek miał nie całe 2 – mimo że spaghetti wypiło całą wodę i nie było potrzeby odcedzania to nie wyszło najgorzej, tzn. dało się zjeść. Po drogach szutrowych przygotowanych na Rajd Kormorana dotarliśmy do Rynu. Skręciliśmy na bardziej ruchliwą drogę prowadząca na Giżycko. Tego dnia nasze kadry narodowe piłkarzy siatkowych i nożnych grały mecze międzypaństwowe (Ligę Swiatową i eliminacji MŚ) więc postanowiliśmy zobaczyć te spotkania w Wilkasach na ośrodku AZS. Mieliśmy szczęście. Zaraz po dotarciu do knajpki z wielkim telebimem zaczął padać letni deszcz i trwało tak aż do końca spotkania. Zobaczyliśmy w bardzo miłym towarzystwie studentów i urodziwym studentek AWF Katowice 2 sety meczu Siatkarzy z Grecją, a potem kopaczy. Nie wspomnę o tych kilku piwkach, które też nam towarzyszyły. Okazało się, że przy naszym stole siedzi facet (wówczas jeden z prowadzących obóz AWF’u), który też roweruje w wolnym czasie i zachęcał nas do zwiedzanie na rowerach terenów za naszą wschodnią granicą od Łotwy po Ukrainę. Czas mijał szybko, a deszcz nie ustawał. Niemal równo z gwizdkiem na koniec meczu przestało. Decyzja – ruszamy przez Giżycko (gdzie w swojsko wyglądającej „Stokrotce” zrobiliśmy bieżące zakupy) do Kruklanek - tam poszukamy noclegu. Kilosy leciały szybciutko. O 20:30 stawialiśmy obóz nr 2 w fajnym polu biwakowym nad j. Gołdapiwo. Kolacja, „po maluchu” i spać.
Trasa: Wierzba – Mikołajki – Tałty - Skorupki – Ryn – AZS Wilaksy – Wilkasy – Giżycko – Kruklanki – j Gołdapiwo
Wybiła 22:30, Zegar pokazał: dystans 78,82 km, czas: 3:52:00, średnia 20,37 , max 46,00

Dzień trzeci
Niedziele 05 czerwca

Na ten dzień zaplanowaliśmy przejazd przez Puszcze Borecką do Olecka i dalej do Augustowa. Z biwaku do Puszczy było zaledwie kilka kilometrów w połowie brukowaną drogą. Wjechaliśmy w gęsty, naprawdę gęsty las. Nasze puławskie lasy to pikuś. Na mapie wytropiliśmy zagrodę żubrów, do której zjechaliśmy z głównego kierunku jakieś 3 km. Warto było, mimo że zobaczyliśmy tylko jednego ale za to był duży, bardzo duży. Trochę nas zaskoczyła niepozorna pani, która skasowała nas po 3 zł za 5 min obcowania z Królem Puszczy. Cwaniara wykombinowała ze z powodu braku długopisu nie ma czym wypisać nam paragonów za usługę... Niech jej pójdzie na zdrowie. Obok zagrody na polanie rozbił się spory obóz indiański. Ktoś nazwał go „wioską indiańską”. Zrobiliśmy tylko fotkę i dalej bo jakoś nie chciało nam się zwiedzać wigwamów. Z powrotem do szlaku i na wschód do Czerwonego Dworu. Pod sklepem małe zakupy, tradycyjne piwo. Kolejny prawdziwek wysępił od nas browarka ale miał legendę która nas powaliła na długo. Przedstawił się swoim oficjalnym pseudonimem artystycznym: ŁOKEN – elegancki gość: spodnie w kancik, koszula półbuty i kapelusz. W ramach rewanżu obiecał załatwienie ważnego problemu. Otóż twierdził, że wszystkie komary w tej okolicy są jego i jeśli postawimy mu piwo to on wyda im zakaz kąsanie nas. Zrywaliśmy boki przez następne kilometry. Na skraju Puszczy znajduje się osada „popegeerowska” – Szwałk. W latach osiemdziesiątych w tutejszym pałacyku lokowane były kolonie letnie dla dzieci puławskich azociaków. Pewnie wielu miało okazje spędzić tam letnie wakacje. Wiem nawet, że niektórzy mają stąd bardzo miłe wspomnienia. W międzyczasie lokalny biznesmen przekształcił pałacyk w hotel, ale podobno za bardzo lubił zabawę i nie dopilnował interesu. Teraz komornik zajął pałacyk, a hotel zawiesił działalność. Nie mogliśmy wejść nawet na dziedziniec. Ale miejsce bardzo malownicze z pięknym jeziorem Szwałk Mały (obok jest też j. Szwałk Wielki) u mnie mimo że spędziłem tu tylko 3 tygodnie w 1984 roku tez pobudziło wiele dziecinnych wspomnień. Dosyć nostalgii. Jedziemy dalej na Olecko. Po drodze mijamy stocznie jachtową. Chyba słynnej z produkcji jachtów „Sportina” firmy Sportlake. Od razu widać na jakim poziomie stoi nasz przemysł szkutniczy. Ogromna ilość przygotowanych do transportu jachtów żaglowych i motorowych daje obraz rozmiarów produkcji . Imponujące. W Olecku z okazji niedzieli postanowiliśmy zaszaleć i zjeść obiad w jakiejś normalnej restauracji. I udało się. Na tarasie z widokiem na jeziorko zapodaliśmy po schabowym. Godzinny odpoczynek i smaczny obiad dodał nam sił na dalsza drogę. Po szlaku do Augustowa w miejscowości Dowspudy zwiedziliśmy zachowane fragmenty pałacu z początków XIX w zbudowanego przez oficera armii napoleońskiej, nazywał się chyba Pac. Ciekawy styl. Dalej prostą jak z bata drogą do Augustowa. Kilka kilometrów przed centrum zaczęło kropić. Jak zawsze fartownie wyszła nam knajpka naprzeciwko i uchroniła nas od deszczu. Starsza pani przechodząc z chyba mężem na widok naszych pojazdów, ekwipunku i zapasowej opony ofiarowała nam trochę swojej życiowej mądrości przytaczając przysłowie.......... Pod parasolem popijaliśmy beczkowe tyskie, a tu w domu naprzeciwko, na piętrze w drzwiach balkonowych odsłoniła się firanka. Kurde, bardzo miły dla oka to był widok. Wjechaliśmy na augustowski rynek. Jasny gwint. Jak to kiedyś zapyziałe miasteczko się zmieniło. Pamiętam, że kiedyś w knajpie prze dworcu PKP pani miał 4 kufle i „towarzystwo” popijało „peerelowską pianę” z litrowych butelek po mleku. Poważnie. Kto takie butelki jeszcze pamięta. Teraz to naprawdę piękne wakacyjne miasteczko. Może nawet nie tylko wakacyjne. Mnóstwo kafejek, knajpek i wszystko odnowione i wypucowane na wysoki połysk. Bajka. Szkoda ze tylko zakupy i dalej bo zbliżała się 20 a my mieliśmy jeszcze parę km do przejechania gdyż nocleg zaplanowaliśmy w Wojciechu koło Przewięzi. Tu też bywałem za młodu ale nie ma już sławojki, stolików z daszkami krytych gontem ani babci, która kiedy my kończyliśmy całonocne śpiewanie i kawałowanie przy ognisku o 3 nad ranem wyprowadzała krówkę na pastwisko. Dotarliśmy tu już grubo po 20. Pierwsza jeziorowa kąpiel w towarzystwie łabędzi – kurde jak fajnie jest wystudzić dupsko po całym dniu na rowerowym fotelu. Rozbiliśmy obóz, napaliliśmy ogień, po piwku i do namiotu. To był nasz najdłuższy etap ok. 112 km. Wybiła 23:00.
Trasa: j Gołdapiwo – Puszcza Borecka (zagroda żubrów) – Czerwony Dwór – Szwałk – Cichy – Olecko – Wieliczki – Niedźwiedzkie – Cimochy – Raczki – Dowspuda – Jabłońskie Mazurki – Augustów – nocleg nad j. Wojciech.
Zegar pokazał: dystans 189,91 km, czas: 9:33:27, średnia 19,86 , max 48,42

Dzień czwarty.
Poniedziałek 06 czerwca.

8:00 – pobudka. Skromne śniadanko, zwijamy obóz i w drogę. Planujemy przeskoczyć do Suwalskiego Parku zwiedzając po drodze j. Wigry i Suwałki. Za malowniczą śluzą na kanale Augustowskim w Przewięzi zajechaliśmy do sklepu. Ten sklep o dziwo nie zmienił się przez ostatnie blisko 20 lat od mojej ostatniej wizyty. Kiedyś sklepikarz uruchomił tu sprzedaż łączoną. Do 3 butelek podłego sikacza „JURAND” kazał kupować soczek pomidorowy. Jacyś kolesie kupili kilka skrzynek sikacza i do tego 2 skrzynki soczku. Taka była wtedy Polska. A pod sklepem oczywiście kolejny tubylec (miał ok. 12 lat a wyglądał na 40 – a blizn miał tyle co średniowieczny piechur pod Grunwaldem) za małe piwko oczywiście mocne opowiedział na historie swojego życia i twórczości. Ale nic to. Jedziemy dalej przez Puszcze Augustowską wioskę Suchą Rzeczek na kolejną śluzę na kanale tym razem Gorczyce. Pogoda piękna i las pachnie niesamowicie. Mijamy wioski pełne domków letniskowych nad j Serwy. Po drugiej stronie jeziora jest wioska – bardzo popularna w lecie - o tej samej nazwie ale zostawiliśmy ją w spokoju. Kierujemy się przez Macharce i Danowskie w stronę Wigierskiego Parku Krajobrazowego. Ledwo zrobiliśmy fotkę przy tablicy informującej o bliskości parku zaczął kropić lekki deszczy ale szybko ustał. Nie na długo. Jeszcze droga przez Bardzel do Płuciczna była sucha.
Lasy w tych okolicach wprawiaj w doskonały nastrój – po prostu nie do opisania. Kto lubi takie klimaty musi odwiedzić te okolice. Taka refleksja pojawi się w tej relacji wielokrotnie ale powiem ze w mojej głowie w czasie wyprawy tkwiła bezustannie.
W Płucicznie stanęliśmy na chwile odpoczynku i - na szczęście pod parasolem na tarasie - dopadł nasz solidny deszcz. Właśnie zbliżała się pora obiadowa a deszcz rozpadał się na dobre więc postanowiliśmy przenieść się do wnętrza i zjeść jakiś obiad. Padło na bardzo przyzwoity filet z sandacza. Przeciekający dach zrobił na nas większe wrażenie niż na barmanie. Podstawił wiadro i robił swoje. Lało jakieś bite 2 godziny i minęła już 15. Pirania z Myśkiem pobrali od pani w sąsiednim sklepie foliowe siateczki, przywdziali je na buty i ruszyliśmy. Teraz przez Stary Folwark mieliśmy dojechać no dawnego Klasztoru Kamedułów w Wigrach. Po bardzo zakałużowanej drogach przemknęliśmy sprawnie, mimo że przez chwile pomyliliśmy drogę. Zespół poklasztorny robi wrażenie a ślady dawnych i ostatniej wizyty Jana Pawła II widać na każdym kroku. Nie chodziliśmy do środka. Jakoś nie mieliśmy ochoty. Plan na dziś przewidywał dotarcie na Suwalski Park Krajobrazowy a zapasy się kończyły więc postanowiliśmy przejechać główną drogą do centrum Suwałk. Oczywiście zrobienie zakupów w byłym mieście wojewódzkim to nie taka prosta sprawa ? ale udało się jakoś. Przy okazji wysłaliśmy widokówki do kogo kto chciał. Teraz już na północ szukać noclegu. Droga jak zawsze zajefajna. Mimo ze niby wylotowa gdzieś na Królewiec to ruch jak na wsi. Do Jeleniowa przez Prudziszki (jakoś tak z litewska mi to brzmi; coś jak sienkiewiczowskie Myszykiszki) przeskoczyliśmy szybciutko. W Jeleniowie warto z bliska zobaczyć okazały drewniany kościół i rynek, ładna kresowa wioska. Skręciliśmy na wysokości kościoła w lewo szukając drogi nad jeziorko Szurpiły. Trochę nam zajęło znalezienie czegoś fajnego ale w końcu wysiłek się opłacił. Około 19:00 znaleźliśmy piękne miejsce nad samą wodą spora równiutka polanka. Rozbijamy obóz. Standard. Szykownie ciepłej michy – skąd wiecie że spaghetti ?. Zaczęło się chmurzyć gdzieś na południu i oczywiście jak tylko otworzyliśmy wieczorne piwko zaczęła się ZLEWA. Pirania musiał poprawić naciągi namiotu bo byśmy popłynęli razem z nim do jeziora. Pioruny napiep... tak, iż mimo e strachliwi nie jesteśmy to „komórki” wyłączyliśmy wszyscy. Przydała się latarka „czołówka” z lidla za 19 zł. Robiła za namiotową karcianą lampkę. Nie było co ściemniać. Dziś przejechaliśmy ok. 88km. Wybiła 22:50.
Trasa: Wojciech – Przewięź – Gorczyca – Macharce – Danowskie – Bryzgiel – Płuciczno – Sobolewo – Stary Folwark – Wigry – Suwałki – Prudziszki – Jeleniowo – nocleg nad j. Szurpiły
Zegar pokazał: dystans 277,89 km, czas: 14:37:47, średnia 18,99 , max 48,42

Dzień piąty.
Wtorek 07 czerwca

Standartowo obudziliśmy się około ósmej rano. Nieprzesadnie dokładna toaleta poranna również nie odbiegała od normy. Europejskie śniadanko i na szlak. Kurde, dojazd do jeziorka był do przyjęcia bo lekko z górki piach był mało odczuwalny ale teraz nachylenie było odwrotne. Rowerki ważące po kilkadziesiąt kilo zapadały się po osie. No może prawie. Plan mieliśmy już nakreślony i w Jeleniowi po lekkim uzupełnieniu zapasów skręciliśmy na północ w kierunku Suwalskiego Parku Krajobrazowego. W Gulbieniszkach w miejscu gdzie pojawia się okazała Góra Cisowa zwana suwalską Fudżijamą ktoś mądry postawił tablice informacyjna. To właśnie tu wjechaliśmy w krainę garbatą prawie jak Beskidy. Czytałem wcześniej że ziemia suwalska jest pomarszczona ale te pagórki są rzeczywiście spore. Do Udziejek jechało się przyzwoicie i połechtani widokami zatrzymaliśmy się na mały popas. Piero każdą wolną chwile wykorzystywał na pisanie kartek – ciekawe do kogo – a my z Myśkiem zrobiliśmy po kontrolnym piwku marki Tatra. Nie wiem jak mam opisać te wrażenia. Cały czas w górę i w dół a widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Może fotki oddadzą cześć z tego baśniowego klimatu. W każdym razie dotarliśmy nad J Hańcza. Ze szkoły pamiętam, ze to najgłębsze jezioro w Polsce. Nie powala jednak na kolana. Może gdyby ktoś mnie tu zrzucił nagle to tak ale po tylko wcześniejszych jeziorach nie wyróżnia się szczególnie. Objechaliśmy je prawie dookoła aż do Kłajpedy – tak na marginesie to nie ta Kłajpeda nad Bałtykiem z nie naszej strony granicy – i od teraz nasza droga będzie wiodła już niemalże ciągle na zachód. Po pustkowiach, bagnistych leśnych drogach i zapomnianych przez Boga poPeGeeRowskich folwarkach dotarliśmy a raczej doczłapaliśmy się walcząc z tabunami komarów do Pobłędzia. Cholera wie dlaczego właśnie tak nazwano to kresowe miasteczko. Wybiła pora na małe conieco. Zupełnym przypadkiem czyli normalnie znaleźliśmy świetną polanke nad bardzo miłym jeziorkiem. Przyszła pora na posiłek, tym razem nie powiem jaki ale inteligentny czytelnik się domyśli. Słonko świeciło wyjątkowo skutecznie wiec nadszedł czas na obmycie naszych wysportowanych ciał. Woda średnio ciepła prawie się gotował w kontakcie z intymnymi częściami ciała wypracowanymi na siodełkach. Przy okazji wysuszyliśmy namiot i zmieniliśmy garderobę na nową a starą nawet udało się przeprać. Spacerowicz który nas tu nadszedł opowiedział nam o okolicznych zwyczajach i atrakcjach jakie się w tym miejscu ale na nas już pora. Pożegnaliśmy się i dalej bardzo przyjemnymi zjazdami na Stańczyki, których zobaczenia nie mogliśmy sobie odmówić. Powiem tylko tyle: spore to wiadukty i robi wrażenie już sama koncepcja wybudowanie ich w tym miejscu. Oczywiście jak prawie wszystko co da się ogrodzić ogrodzone i smutny Pan kasuje po 4 zł. Nie mieliśmy czasu na pełne zwiedzanie więc fotka i krótki odpoczynek. Niestety zaczęło się chmurzyć. Siedzieliśmy sobie pod daszkiem kiedy tuż obok podjechał autokar z grupa tak na oko studentów płci obojga w ilości ok. 40 sztuk. Kilka studentek na prawdę wartych szczególnej uwagi. Podsłuchaliśmy, ze maja plan zwiedzenie prawie całej krainy w jeden dzień. Chyba coraz więcej nas łączy z zabieganymi turystami rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Zwiedzali Stańczyki może 10 min a w tym czasie Pirania dokupił sobie kartek bo mu zabrakło?. Za Stańczykami wjechaliśmy na najfajniejszy zjazd na całej trasie. No pruło się pięknie ale co z tego skoro potem górka odebrała to co dała wcześniej. Musieliśmy z Myśkiem zejść z rowerków i tylko Pirania zawalczył i wygrał z górką. Na szczycie podjazdu stało się coś niedobrego. Piasta w Myślowym rumaku zaczęła paskudnie „cykać”. Oględziny nic nie dały więc pojechaliśmy dalej z planem odwiedzenia najbliższego napotkanego serwisu. Po kilku kilometrach jakoś samo przestało. Ten problem pojawiał się jeszcze kilka razy w trakcie jazdy ale jakoś rowerek wytrzymał do końca. W nerwach pełni obaw o dalszą drogę dotarliśmy do Przerośli a chmury już się robiły bardzo ciężkie. Przerośl to sympatyczne miasteczko z ładnym rynkiem i Pocztą którą oczywiście zaliczył Pirania. Zaczęło kropić więc rzuciliśmy kotwice w sklepiku z fajnym ogródkiem przysklepowym pod obszernymi parasolami. Pani sklepowa serwowała Łomże w klasycznych baryłkach 0,33 i oczekiwanie na przetarcie nieba jakoś nam płynęło w miłej atmosferze. Nie powiem ile musieliśmy tych baryłek zaliczyć. Faktem jest ze kilka godzin „zmarnowaliśmy”. Dochodziła już godzina 19 i czas najwyższy aby pomyśleć o noclegu. Nie chcieliśmy jechać w deszczy. Pani sklepowa podała nam namiary na pobliskie jeziorko a nawet zaoferowała trawnik w swojej posesji, na szczęście deszcz ustawał.. Chłopaki przywdziali tradycyjne zabezpieczenie obuwia tzn. foliowe siateczki i ruszyliśmy w stronę na Rospude i Filipów. Po 10 km mapa pokazała, że w tej okolicy może być dogodne miejsce na nocleg. Niestety bardzo urokliwe jeziorko było dokładnie oblepione prywatnymi działkami. W Wólce pod Rospudą Mysiek zarządził: nie ważne ze prywatne, wbijamy się i już. To było na prawdę fajne miejsce. Szybkie budowanie obozu bo po kilku dniach nabraliśmy już wprawy i ok. 20 cook serwował kiełbaskę z wody. Pięknotka. O tym ze małe piwko przed snem smakowało w tym plenerze wyjątkowo nie wspomnę. Dziś już nie mieliśmy ochoty na nic więcej. Kładziemy się spać mocno przed 22 z postanowieniem ze jutro odbijemy stracone kilometry. To był najkrótszy etap naszj wyprawy – zaledwie 57 km.
Trasa: j. Szurpiły – Jeleniowo – Gulbieniszki – Udziejek – Łopuchowo – Błoskowizna – Bachanowo – Hańcza – Kłajpeda – Pobłędzie – Stańczyki – Przerośl – Rospuda – Wólka – nocleg na terenie prywatnym nad j. Rospuda.
Zegar pokazał: dystans 334,61 km, czas: 18:10:40, średnia 18,99 , max 48,42

Dzień szósty
Środa 08 czerwca.

Dziś wstaliśmy wcześniej niż zwykle. Nie chcieliśmy spotkać o poranku właściciela działki z gwintówką. O 7:10 ruszyliśmy nie zapominając o pamiątkowej fotce przy szlabanie i znaku zakazującym wstępu. Zostawiliśmy po sobie porządeczek jak zwykle ale na znak naszej tam obecności na palenisku zostawiliśmy 3 zużyte torebki po herbacie Lipton?. Wspinamy się z powrotem na drogo na Filipów gdzie uzupełniamy zapasy. Ludzie o 7:30 mijają nas jakbyśmy byli z innej planety albo jakby nas tam w ogóle nie było. Nic to. Z ryneczku skręcamy na zachód bo dziś wyznaczyliśmy sobie za cel wędzarnie rybek w Ogonkach. To był chyba najmniej ciekawy etap naszej drogi. Miejscowości do siebie podobne, a krajobrazy już dobrze znane. Droga całkiem przyzwoita czasem zaskakiwała. Na odcinku między Filipowem, a Nasutami mieliśmy wszelkie rodzaje nawierzchni od asfaltu przez bruk po ubite polne drogi falowały niczym morskie fale. Momentami chciało się powiedzieć: dajcie mi choćby 200 m płaskiego. A tu nic tylko góra i dół. I do tego te komary. Nie można było stanąć nawet na chwile bo groziło to utratą kilku litrów krwi wyssanej przez te potwory. Jakoś dotarliśmy do Grabowa i skończyły się żarty. Od teraz do końca dnia miało już padać (na szczęście z przerwami). Przy pierwszej chmurce w Grabowie robiliśmy właśnie pod miejscowym sklepem obiad. Wiecie już co?. Miejscowi nie zwracali na nas uwagi. Pewnie często widują tu takich jak my bo przez miasteczko wiedzie jedna z większych dróg w tych stronach. Później padało co raz częściej. W miarę spokojnie przejechaliśmy kilkanaście km po ruchliwej drodze 655 na Węgorzowo i w Boćwinkach (prawda że zabawna nazwa) odbiliśmy w polną drogę wcześniej spędziwszy prawie godzinkę w uroczej budce przystanku autobusowego. Przez polne i leśne drogi bardziej na czuja niż według mapy przebiliśmy się przez Surmiły, Lisy, Grodziska do Jakunowa. Odtąd jechaliśmy znowu przez gęsty las – był to północny skraj Puszczy Augustowskiej. W kapuśniaczku, lekko już wilgotni wjechaliśmy do osady w środku lasu. Nazywała się Kuty. Mieści się tu gospodarstwo leśne i chyba Nadleśnictwo albo jego jakiś oddział. Mogliśmy sobie pooglądać bo deszcz gęstniał. Na zegarze dochodziła 16 i musieliśmy podjąć męską decyzje. Nocujemy tu czy jedziemy na Ogonki. Padło na to drugie. Ok. 17 po mocnym naciskaniu w pedały przez Przytuły i Pozezdrze wjechaliśmy do Ogonek. Tu obiecałem chłopakom mazurski przysmak: wędzoną sielawę. Niestety gospodyni u której zawsze zamawiam nie zaczęła w pełni sezonu i nie miał wędzonej zaserwowała nam smażoną. Na szczęście na wysokości zadania stanął gospodarz. Poczęstował nasz „pszczółką” (spirytus z miodem ale bardzo fajnie zrobiony – no chyba ze apetyty tak nam stępiły gusta). Za oknem lało już rzęsiście i perspektywa rozbijania się i noclegu pod namiotem w tych warunkach była mało ciekawa. Gospodarz wyjął drugą pszczółke (ta już nas kosztowała 18zł) i w tej sytuacji aż żal było wychodzić. Okazało się, że po sąsiedzku ktoś wynajmuje pokoje. No więc nabyliśmy jeszcze jedną pszczółkę i poszliśmy na kwaterę. Fantastyczna jest gorąca kąpiel. Sen nas zmorzył ok. 23. Dziś przejechaliśmy 72 km
Trasa: Wólka - Filipów – Mieruniszki – Borkowiny – Pogorzel – Wilkasy – Nasuty – Grabowo – Boćwinka – Surminy – Lisy – Grodziska – Jakunówka – Kuty – Pozezdrze – Ogonki
Zegar pokazał: dystans 412,63 km, czas: 22:34:48, średnia 18,99 , max 48,42

Dzień siódmy
Czwartek 09 czerwca.

Nie ma co. Pospaliśmy do po ósmej. Szybka toaleta śniadanko, pakowanko i w drogę prosto na Węgorzewo. Przy wjeździe kosmiczne zamieszanie bo na chyba 3 km droga była w generalnym remoncie i jechało się raczej wolno. Kiedy mijaliśmy grupę robotników drogowych zwróciliśmy na siebie ich uwaga i usłyszałem jak licytowali: „Niemcy? Nie, nie Niemcy. A może Niemcy”. Dopiero jadący na końcu Pirania w koszulce z Orłem na klacie rozwiał ich wątpliwości: „No nie, Polacy?”. Małe zakupy w centrum i do wioski żeglarskiej. Powietrze ciągle było pełne wody ale piwko w porcie smakowało bardzo „szantowo”. Pogapiliśmy się na port i ruszyliśmy w stronę na Mamerki. Tuż przed tą słynną poniemiecką bunkrową bazą u wejścia w kanał mazurski wreszcie wyszło słońce –cały dzień będzie taki. Wjechaliśmy na przystań Mamerki i Mysiek z Piranią poszli na bunkry (nieświadomie weszli od niestrzeżonej strony bez płacenia za bilety i bileciarz przegnał ich szybko kiedy tylko weszli na wieżę widokową – byłem tu kilka wiele ale biletów nigdy nie widziałem – bileciarza tym bardziej). Kilka fotek i w drogę na kwaterę Hitlera w Gierłoży. Przez Kamionke do Radzieji. Ludzie, jeśli chcecie tędy jechać to ostrzegam ze przed Wami ładnych parę km (chyba ok. 10) po pruskim bruku i raczej rzadko z górki. Ale warto bo to kwatera z II wojny światowej w której Adolf spędził prawie pół wojny i cudem uszedł z życiem podczas nieudanego zamachu pułkownika Clausa von Stauffenberg. My spędziliśmy tu niewiele ponad godzinę. Chłopaki znowu poszli na bunkry a ja popijając Tyskie i tocząc nierówną walkę z komarzycami patrzyłem na przewalające się wycieczki z całej Europy. Widziałem fajna grupę Holendrów (obok Niemców jest ich tu najwięcej), którzy wjechali w ok. 30 osób na przeróżnych rowerach (górskich, trekach, krosach i nawet miejskich) a za nimi coś jak bagażówka czy wóz techniczny stanowiący całe zaplecze. Teraz naszym ostatnim celem był Sztynort i Tiga Marina. Przed torami skręciliśmy w prawo w stronę jeziora Dobskiego. Brzeg momentami dość wysoki pozwolił na podziwianie uroków tej wodniackiej strony Mazur. Biało żagle migotały w słońcu i aż by się chciało wskoczyć na jacht i pożeglować (ale to jutro?). Kolejno przez Parcz, Skrzypy, Pilwa, trochę niepewnie po leśnym dukcie, trochę przez pole po niby oznakowanym szlaku około 15:20 wjechaliśmy do „Mekki” żeglarzy szuwarowo-bagiennych: pięknego portu Sztynart. Tu nasza rowerowa przygoda z Mazurami się kończy. Był właśnie doskonały czas na przygotowanie ostatniego gorącego posiłku na tej wyprawie – makaron z pulpetami w sosie pomidorowym wersja nr 6 ?. Po około 3 godzinach dotarł do nas Sławek, a przed 20 zawinęli do portu nasi koledzy żeglarze. Rowery wylądowały na samochodowym bagażniku a my ruszyliśmy do Zęzy – najwspanialszej mazurskiej Tawerny. Tu przepoczwarzyliśmy się w „wilki morskie” i ruszyliśmy na morza i oceany fantazji bo przecież jutro na wodę. Dziś zegary pokazały 60 km, a przez całą wyprawę przejechaliśmy na rowerkach prawie 473 km. Gdyby pogoda była ładniejsza może wykręcilibyśmy więcej ale i tak było bardzo fajnie. Mazury z roweru są piękne i doskonale nadają się na takie rowerowe wycieczki.
trasa: Ogonki – Węgorzewo – Mamerki – Radzieje – Mazany – Parcz – Gierłoż – Parcz – Skrzypy – Pilwa –Łabapa – Sztynort
dystans: 60,09 km czas: 3:40.35 h


Razem:

Dystans: 472,72 km

Czas: 26:18,66 h

Średnia: ok. 18 km/h



[Goluś]